Mary Jane Beaufrand

Mary Jane Beaufrand, urodzona i wychowana w Stanach, studiowała creative writing na Bennington College, a także literaturoznawstwo na Wellesley, gdzie uzyskała podwójny dyplom z literatury angielskiej i rosyjskiej. W trakcie studiów pracowała w Microsofcie, porzuciła jednak intratne zajęcie, by oddać się pasji pisania oraz wychowywaniu dwojga dzieci. Osadzona w renesansowej Florencji, „Primavera” jest jej pierwszą powieścią. Mary Jane Beaufrand mieszka z rodziną oraz dwoma psami w Seattle, a w wolnych chwilach pogłębia swoją znajomość z Dostojewskim, Bułhakowem i Puszkinem. Obecnie pracuje nad kolejną powieścią „The River”.
Wywiad specjalnie dla Wydawnictwa Jaguar!!!

Jest mi niezmiernie miło, że zgodziłaś się odpowiedzieć na kilka pytań i przybliżyć polskim czytelnikom zarówno swoją osobę, jak i „Primaverę”. Książka wchodzi do sprzedaży 6 maja, jak się czujesz jako autorka, której powieść tłumaczona jest na kilka języków?

Jestem zachwycona. To naprawdę niezwykłe uczucie! „Primavera” znalazła dom daleko poza granicami Stanów, dla mnie to wręcz zaskakujące.
Twoja debiutancka powieść osadzona jest w renesansowej Florencji, we Włoszech. Skąd ten wybór? Jakie wydarzenia, postaci stoją za „Primaverą”?

Dlaczego akurat renesansowe Włochy? Trudno właściwie powiedzieć… Może to przez obraz pędzla Botticellego, właśnie Primaverę? Któregoś dnia popatrzyłam na niego i przyszło mi do głowy, że uciekająca przed Zachodnim Wiatrem Chloris, jedna z postaci wyobrażonych przez malarza, mogłaby mieć do opowiedzenia ciekawą historię. Zastanowiło mnie, co sprawiło, ze wygląda na tak nieszczęśliwą… A potem, gdy czytałam o historii Włoch, uznałam, ze spisek i rebelia Pazzich mogłyby być takim wydarzeniem – wydarzeniem, które zmienia ludzkie życie, przewartościowuje je.
A tajemnicza dedykacja? Kim jest „prawdziwy Emilio”, któremu zadedykowałaś powieść?

To akurat bardzo smutna historia. Mój przyjaciel z Turynu, Emilio Cassacio, zginął tragicznie jakiś miesiąc po tym, jak zaczęłam prace nad „Primaverą”. Był wspaniałym człowiekiem, chciałam go w jakiś sposób upamiętnić.
„Primavera” jest książką głęboko osadzoną w historii Włoch. Wielu pisarzy chętnie chwali się tym, jak długo zbierali materiały do książek, jakie badania prowadzili… A jak wyglądało to w wypadku „Primavery”? Podróżowałaś do Włoch?

Z Seattle do Florencji jest spory kawałek drogi… Opierałam się głównie na tekstach źródłowych, pisałam i czytałam równocześnie. Do Włoch udało mi się trafić dopiero wtedy, gdy książka była już u wydawcy. Zostawiłam rodzinę na plaży i pojechałam na własne oczy obejrzeć to, o czym pisałam. Pałac Pazzich jest teraz siedzibą rządową i ciężko do niego wejść, ale pozwolono mi zajrzeć na dziedziniec. Zabawne… Rozpłakałam się ze wzruszenia. Pomyślałam – o rany, wreszcie jestem w miejscu, gdzie żyła Flora! Flora? Moment! Przecież nie istniała żadna Flora, sama ją stworzyłam! Wcale nie było mi łatwo zapanować nad emocjami, czułam się jak po pierwszym maratonie – poczucie absolutnego spełnienia. Nagle zdałam sobie sprawę, jak wiele emocji i pracy kosztowało mnie napisanie tej książki. Wizyta we Florencji była jak kropka na końcu zdania. Europa jest zupełnie inna niż Stany. Staram się dostrzegać ładne, fajne rzeczy w każdym miejscu, do którego trafię, bo każde jest czarujące na swój własny sposób, ale, nie czarujmy się, w Seattle nie ma Galerii Uffizich, Bazyliki San Lorenzo, wszystkich tych zabytków… Warszawą też pewnie byłabym oczarowana 😉
„Primavera” jest dedykowana młodemu czytelnikowi, właściwie „młodym dorosłym”, jak to się ładnie nazywa w zachodniej nomenklaturze. Co sprawiło, że zdecydowałaś się napisać powieść dla młodzieży, a nie „normalną”, rzetelną, grubą jak książka telefoniczna epopeję dla dojrzałego czytelnika? Uważasz, że pisanie dla młodszych jest w jakiś sposób łatwiejsze?

Raczej trudniejsze, łatwiejsze na pewno nie. Szczerze nie cierpię pisarzy, którzy, pisząc dla dzieci, ze wszystkich sił starają się upraszać to, co robią, infantylizują, nie traktują czytelnika poważnie. Większość dzieciaków, które znam, jest wystarczająco bystra, by na kilometr wyczuć nieuczciwość. Jeśli chodzi o mnie, pisanie dla dzieci czy młodzieży przyszło dość naturalnie. Jestem matką i pewnego dnia uznałam, że zamiast tworzyć coś dla siebie, będę to robić dla dzieci. A „Primavera”… Nie zastanawiałam się nad tym. Po prostu chciałam opisać historię dziewczyny, która przetrwała rebelię Pazzich. Gdyby Flora była starsza, nie mieszkałaby już w domu, wyszłaby za mąż albo wylądowała w klasztorze i jej życie, siłą rzeczy, musiałoby być zupełnie inne.
Studiowałaś literaturę, wiem, że uwielbiasz czytać – a jakimi książkami zaczytywałaś się, gdy miałaś czternaście – piętnaście lat?

Naprawdę trudno powiedzieć. Kiedy dorastałam nie było właściwie literatury skierowanej do osób w moim wieku, nie w latach osiemdziesiątych. Wydaje mi się, że przeskoczyłam bezpośrednio od literatury dziecięcej do dorosłej. Pamiętam, że bardzo podobał mi się „Buszujący w zbożu” Salingera i „Rzeźnia numer 5” Vonneguta. Odkryłam też dla siebie książki Eudory Welthy, zaczytywałam się powieścią „The Ponder Heart”. Mam nadzieję, że książki Eudory są dostępne w Polsce ? (W Polsce ukazały się nieliczne książki Eudory Welthy – przyp. red.)
Pisarze często przyznają się, ze tworząc bohaterów, wzorują się na istniejących w rzeczywistości postaciach. A jak było u Ciebie? Czy Flora istnieje naprawdę, mieszka obok, wynosi śmieci?

No nie! Flora jest postacią całkowicie wymyśloną! Urodziła się w sposób spontaniczny i najzupełniej naturalny, jakby wyszła z obrazu Botticellego. Myślę, że malarz jakoś przełknąłby tę moją interpretację jego dzieła, choć pewnie różni ludzie inaczej wyobrażali sobie Chloris. Zresztą nonna, babka Flory, która, nawiasem mówiąc, jest moją ukochaną postacią, również nie ma swojego wzorca w rzeczywistości.
Pozazdrościć wyobraźni! Jesteś pisarką, matką z kilkoma dyplomami, bierzesz udział w maratonach, a na dodatek przez wiele lat pracowałaś w Microsofcie. Jak to się stało, że spec od komputerów wyruszył w mentalną podróż na dwór Pazzich? Skąd w ogóle wzięłaś się w Microsofcie?

O nie, nie byłam wielkim specjalistą, pracowałam nad międzynarodowymi wersjami edytora tekstowego, czyli popularnego Worda. Zatrudnili mnie ze względu na znajomość języków – wyszukiwałam błędy w kolejnych wersjach – Francuskiej, Hiszpańskiej, Niemieckiej, Portugalskiej… To była całkiem fajna praca, ale w tym samym czasie kończyłam studia i robiłam dyplom i było mi cokolwiek ciężko jakoś to pogodzić. Kiedy zaszłam w ciążę uznałam, że to najlepszy moment żeby zmienić dotychczasowe życie. Tak naprawdę cała moja rodzina jest mocno związana z Microsoftem – mój mąż wciąż pracuje jako inżynier w grupie zajmującej się MSN, a jego brat, Eugenio, jest wiceprezydentem firmy w Chinach.
Wróćmy jeszcze do książek. Zdarza Ci się, że po przeczytaniu jakiejś książki myślisz: kurczę, ależ szkoda, że nie ja to napisałam?

O rany, a czy jest jakaś dobra książka, której nie chciałabym napisać? ? Przez cały czas publikuje się kolejne fantastyczne książki, a mnie nie przestaje zdumiewać dziwna właściwość dobrej literatury. Jest taki rodzaj naprawdę znakomitych książek, które nie budzą najmniejszej nawet zazdrości. Czytam i po prostu cieszę się, że mogę to robić, że mogę się na chwilę zapomnieć, nieważne, że to nie ja, że to nie moje dzieło! Ostatnie trzy, które przychodzą mi do głowy: „Margherita Dolce Vita” włoskiego pisarza Stephano Benniego (Włoch, żadna niespodzianka, prawda?), „The Good Thief” Hannah Tinti i, dla nieco młodszych czytelników, powieść Karen Hesses „Brooklyn Bridge”. W ogóle uwielbiam książki Hesses, ale ta wyjątkowo mnie zachwyciła – autorka ma ten niezwłykły dar łączenia rozmaitych drobiazgów i wątków, które dają w efekcie zaskakujące, ale w pełni uzasadnione zakończenie. Żadnych diabłów z pudełka! Z kolei w “The Good Thief” nie sposób nie polubić bohaterów, stają się tak bliscy, że czytelnik zaczyna naprawdę się o nich troszczyć. Te dwie książki dopiero od niedawna są dostępne w Anglii, mam nadzieję, że ktoś wyda je również w Polsce!
Książki książkami, ale nie samym czytaniem i pisaniem książek człowiek żyje. Co najchętniej robisz, kiedy nie musisz robić niczego? A jaki sposób się relaksujesz?

Zdecydowanie najlepszym sposobem na to, by się odprężyć jest dla mnie bieganie. Nie ma to jak porządny, długi bieg! Właściwie to w tej chwili, gdy kończę odpowiadać na pytania, jest wciąż wczesny poranek. Zaraz zabiorę butelkę wody (i kartę do Starbucks’a – w końcu to Seattle!) i zniknę z domu na godzinkę, czy dwie. Uwielbiam również spędzać czas z rodziną. Wieczorami, siedząc w domu, oglądamy razem filmy. Niedawno byliśmy w kinie na nowym i przed filmem puścili trailer nowego Star Treka. Nie mogłam się doczekać premiery i zanudzałam moją dziewięcioletnią córkę – och, ach, kapitam Kirk, będzie super! A ona na to: mamo, a kto to jest kapitan Kirk? Więc zasiedliśmy wszyscy na kanapiew domu i obejrzeliśmy oryginalny serial 😉 Teraz moje dzieci są na bieżąco i WSZYSCY jesteśmy podekscytowani nowym Star Trekiem!
Dzięki za rozmowę i za poświęcony czas! Mam nadzieję, ze Primavera spodoba się polskim czytelnikom i będziesz miała okazję, by przyjechać do Polski 😉

Książki autora