Bonnie-Sue Hitchcock

BONNIE-SUE HITCHCOCK urodziła się i wychowała na Alasce. Przez wiele lat pracowała w rodzinnej firmie rybackiej, potem została dziennikarką radiową. Prowadziła między innymi „Independent Native News”, codzienną audycję poświęconą życiu rdzennych mieszkańców Alaski. Inspirację do twórczości czerpie z historii własnej rodziny, mieszkającej na Alasce od czterech pokoleń. „Zapach domów innych ludzi” jest pierwszą powieścią w jej dorobku.

Rozmowa z Bonnie-Sue Hitchcock

Akcja „Zapachu cudzych domów” osadzona jest na Alasce. Wychowywałaś się w tym stanie. Czy pisząc tę książkę korzystałaś ze wspomnień z dzieciństwa?

 

Wykorzystałam. Mnóstwo wspomnień własnych a także co nieco kradzionych od własnych dzieci, rodzeństwa i dalszych krewnych. Na przykład, jedną z moich sióstr rzeczywiście ukarano ścięciem włosów, którymi za bardzo się przechwalała – tyle, że nie zrobiła tego nasza babcia. Naprawdę też jeździliśmy do babci, do prawdziwego Birch Park (powinnam tu dodać, że była fantastyczną kobietą, ani trochę nie przypominała babci z książki). Nie mieszkaliśmy u niej, za to spędzaliśmy tam każde lato. Matka była najstarszą z szóstki rodzeństwa i właśnie ci ludzie pomogli mi wypełnić luki w wiedzy – opowiedzieli mi szczegółowo, jak się tam żyło. Uwielbialiśmy tam jeździć, głównie z powodu kolorowej karuzeli ustawionej na samym środku parkingu. Wszyscy przypominaliśmy Lily – Birch Park było dla nas miejscem magicznym. Chociaż, może tylko to ja jedna przypominałam Lily? Jedna z moich ciotek miała wtedy szesnaście lat i rozumiała już, że mieszka w ubogiej, pełnej karaluchów okolicy, w której nie widziała nic romantycznego. Pomogła mi stworzyć Ruth.

A moim najwcześniejszym wspomnieniem jest wspomnienie wielkiej powodzi jaka nawiedziła Fairbanks w 1967 roku. Nie jest to ta sama powódź, która pojawia się w książce, ale towarzyszyły jej podobne emocje.

 

Prowadziłaś kiedykolwiek psi zaprzęg? A może pływałaś z orkami?

 

Zdarzyło mi się parę razy prowadzić taki zaprzęg, ale nigdy się nie wciągnęłam. Wydaje mi się, że to zajęcie wymaga sporo pracy, a w zamian daje stosunkowo niewiele. Ale to wyłącznie moja osobista opinia, ponieważ znam ludzi, którzy nie wyobrażają sobie bez psich zaprzęgów życia.

Dzięki Bogu nigdy też nie pływałam z orkami, ale często podziwiałam je z pokładu naszego kutra (bardzo podobnego do kutra Alyce), a raz otoczyły mój kajak. Podpłynęły naprawdę piekielnie blisko. Naprawdę poczułam ich oddechy. I tak, koszmarnie śmierdzą.

 

A jak pachnie twój dom?

 

Dobre pytanie, ale obawiam się, że nie potrafię na nie odpowiedzieć. Moja córka świetnie opisuje zapachy cudzych domów i mieszkań, ale żadna z nas za nic nie potrafi opowiedzieć o woni własnego. Podejrzewam, że jesteśmy z tym zapachem zanadto zżyte i dlatego też, zapachy cudzych domów uderzają nas tak gwałtownie. Od razu czujemy nie tylko różnice, ale także potrafimy nazwać, co dokładnie pachnie u innych. Ktoś może używać innego proszka do prania, ktoś może trzymać w domu kota… Gdybym miała strzelać, obstawiałabym że mój dom pachnie kawą, śmiechem i, prawdopodobnie, łososiem.

 

Skąd pomysł, żeby przedstawić w książce perspektywy kilkorga bohaterów jednocześnie?

Początkowo stworzyłam kilka luźno powiązanych ze sobą opowiadań. Opowiadania są chyba moją ulubioną formą literacką. Pisząc je czuję, że mogę się skoncentrować na najbardziej istotnych detalach i zapomnieć o zbędnych dodatkach. Z tworzeniem szerokiego tła mam trochę podobny problem jak z prowadzeniem zdawkowych rozmów na imprezach – nie jest to moja specjalność. W każdym razie, pierwotnie powstało aż dwadzieścia jeden takich historii, przez co wydawcy i redaktorzy zaczęli się czuć jak w wagoniku rozszalałej kolejki górskiej. Postanowiliśmy więc skupić się na czterech postaciach, z czego wszyscy w efekcie byliśmy bardzo zadowoleni. Dzięki zmianie podejścia udało mi się opowieściom o poszczególnych bohaterach nadać dodatkową głębię. Od dawna też podobało mi się łączenie pozornie odrębnych historii. Czytelnik może obserwować rozwój postaci pod wieloma kątami, co bardziej przypomina wielowymiarowe doświadczenie prawdziwego życia. Mam przy tym nadzieję, że każdy z rozdziałów książki wciąż da się czytać niczym samodzielne opowiadanie, ale na to pytanie muszą już sobie odpowiedzieć czytelnicy.

 

Czy bohaterowie „Zapachu…” mają swoje pierwowzory wśród twoich znajomych?

 

Tak. I coś mi mówi, że na ten temat nie powinnam powiedzieć ani słowa więcej. Aczkolwiek, prawdę mówiąc, wiele książkowych postaci łączy w sobie cechy kilku osób. Trochę tak, jakbym wrzucała znajomych do shakera, kilka razy potrząsała i otrzymywała w ten sposób koktajl ulubionych krewnych i przyjaciół. Co do krewnych – a mam niezwykle liczną rodzinę – wszyscy czytają tę książkę, próbując się domyślić, kim są i ostatnio muszę coraz częściej powtarzać „Daj spokój, przecież ja to zmyśliłam!”

 

Czy pisanie o bohaterach wywodzących się z różnych kultur stanowiło dla ciebie wyzwanie?

 

Pewnie rzeczywiście byłby to problem, ale dorastałam w bardzo wielokulturowej okolicy. Mogłabym na ten temat mówić bardzo długo, lecz wydaje mi się, że problem sprowadza się do faktu, iż pisarz tworzy w oparciu o osobiste doświadczenie. Większość wydarzeń z mojej książki wypływa bezpośrednio z tego źródła. Ale owszem, gdyby moje ścieżki nie przecinały się ze ścieżkami ludzi z innych kultur, miałabym poważniejszy kłopot.

Byłam kiedyś producentką audycji radiowej, opowiadającej o losach rdzennych mieszkańców Alaski. Bardzo mi wtedy pomogła Nellie Moore, która sama jest Eskimoską. Oczywiście główną rolę odegrało jednak dzieciństwo i osobiste kontakty, dzięki którym nauczyłam się, co przy niektórych osobach wolno powiedzieć, a czego absolutnie nie. Pracując nad książką uznałam, że dziwne byłoby – a wręcz nieodpowiedzialne – gdybym nie wspomniała otwarcie o rasowych stereotypach, które w okresie, kiedy rozgrywa się akcja, w Alasce istniały i narastały po obu stronach.

 

Która scena sprawiła ci najwięcej kłopotu?

Świetnie, że to pytanie pada zaraz po poprzednim. Najtrudniej pisało mi się rozdział o obozie rybackim, a to dlatego, że ja takiego nie mam i nigdy nie miałam. Jako mała dziewczynka przypominałam Lily – chciałam mieć taki obóz i nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego to niemożliwe. Było mi ciężko, ponieważ nie chciałam wywołać wrażenia, że opisuję z gruntu obcy sobie świat – byłam kiedyś dziennikarką i nie cierpię tego rodzaju reportaży. Na szczęście mam wielu znajomych wśród Indian i Eskimosów, przeprowadziłam też wiele rozmów z ludźmi którzy takie obozy znają z własnego życia. Pomogło mi to, choć wciąż dręczy mnie wątpliwość, że mogłam napisać coś, co nie oddaje rzeczywistości jak należy. Do ludzi innych kultur żywię ogromny szacunek i nie chciałabym w żaden sposób zniekształcić choćby jednego aspektu ich świata. W dodatku, rdzenni mieszkańcy Alaski nie przepadają za opowiadaniem o sobie i byłam tego szczególnie świadoma. Tak, przy pracy nad tym rozdziałem było mi rzeczywiście ciężko i wydawcy musieli mnie mocno naciskać.

 

Który fragment „Zapachu…” jest twoim ulubionym?

 

Mam słabość do rozdziału, w którym Dora z matką i jej wiecznie roześmianymi przyjaciółkami odwiedza sklep Armii Zbawienia. Świetnie pisało mi się również o Lodowej Loterii (moja ciotka wygrała w niej w 1968 roku). Uwielbiam też chwilę spotkania Hanka z Ruth, tworząc tę scenę bawiłam się naprawdę przednio. Wiele emocji towarzyszyło także opisywaniu konfrontacji Dory z ojcem – pamiętam, że kiedy wreszcie ten ustęp skończyłam, poczułam się z tej dziewczyny dumna. Zupełnie jakby była człowiekiem z krwi i kości, a nie fikcyjną, stworzoną przeze mnie postacią. Nigdy przedtem niczego podobnego nie doświadczyłam.

 

Kiedy zrozumiałaś, że chcesz się poświęcić pisaniu?

 

Jako dziecko byłam chorobliwie nieśmiała i twórczość pozwalała mi w pewnym sensie radzić sobie z problemami, które inni rozwiązują rozmawiając z bliskimi. Z drugiej strony nie wydaje mi się, bym kiedykolwiek pomyślała: „O, wiem, chcę zostać pisarką!” Praca dziennikarki podobała mi się przede wszystkim dlatego, że mogłam pisać, a jednocześnie ukrywać się za opowieściami o innych ludziach. Zresztą nawet teraz myśl o tym, że ktoś przeczyta moje słowa w druku wydaje mi się nieco przerażająca, choć jestem przy tym świadoma, iż to niebywały zaszczyt. Dopiero niedawno postanowiłam zatrudnić agentkę i zająć się twórczością bardziej poważnie. Jako pisarka objawiłam się światu dość późno.

 

Wymień, proszę, kilku swoich ulubionych autorów.

 

Gdy byłam nastolatką, uwielbiałam Margo Lanagan. Podobała mi się posępna atmosfera jej książek, a także podejście do języka, zwłaszcza w „The Brides of Rollock Island”. Codziennie sięgam też po poezję. Dzięki wierszom nie zapominam jak powinny brzmieć słowa. Przepadam za Normanem Dubie i Dylanem Thomasem. Ach, naturalnie, jest jeszcze Virginia Woolf. Ta kobieta w życiu nie napisała ani jednego zbędnego słowa.

 

Masz może jakieś wskazówki dla początkujących pisarzy?

 

Bądźcie szczerzy – zarówno wobec siebie jak i podjętego tematu. Jeżeli spróbujcie pisać o czymś, czego nie kochacie, lub o czymś, co nie wzbudza w was żadnych emocji, będzie to od razu widać. Świat literacki wciąż znam bardzo słabo, ale wiem już, że potrafi mocno namieszać w głowie. Jeżeli ktoś naprawdę chce zostać pisarzem, musi mieć świadomość, że będzie mieć kontrolę jedynie nad jakością swoich tekstów. O tym nie wolno nigdy zapomnieć.

 

Mogłabyś zdradzić, nad czym pracujesz obecnie?

 

Niestety. O tym nie rozmawiam nigdy. Jestem koszmarnie przesądna.

Książki autora